Wczoraj wieczorem, jeszcze przy Plitvickich, oglądaliśmy sobie na tarasie olimpiadę przez internet, akurat tyczka leciała ;). Jednak okazało się że w Chorwacji (zwłaszcza nad morzem) od 3 miesięcy nie spadł deszcz. Na dodatek turystów masa cała, więc stare systemy zaczęły nie wyrabiać. Co chwilę wyłączali nam prąd (z routerem włącznie), na dodatek podobno nad morzem reglamentacja wody... no cóż, jak człowiek chce podróżować w szczycie sezonu, to ma za swoje. Z drugiej strony, choć pogodę mamy pewną- i to jaką! przez cały pobyt czyste niebo i 30-35 stopni. Niekiedy jeszcze cieplej, ale o tym później.
Plan prosty. Świadomi, że właśnie zaczął się weekend, a na dodatek sezon o którym wspominałem, za spaniem mieliśmy zacząć się rozglądać od razu jak zjedziemy z autostrady (w najbliższym punkcie od morza). Obiecane było kilka dni odpoczynku bez wiecznego pakowania i szukania. No ale dobrze by znaleźć jakieś przyjemne miejsce. Od miejscowości Sukosan, jechaliśmy drogami lokalnymi nad morzem, zaczynając rozglądać się za metą.
Tam też (tuż za wspomnianą miejscowością) pierwszy przystanek nad Adriatykiem. Upał już nie żartował (normalnie tropiki azjatyckie), cudna woda, a cykady piszczały w uszach, aż rozmawiać się nie dało. Mają one swój klimat, ale kiedy człowiek mieszka w namiocie, potrafią wkurzyć :)